Artykuły‎ > ‎

Rozwód nie może być walką o pieniądze

Wydrukowano w Rzeczpospolitej | 06 września 2010 | Prawo | Marek Domagalski

Rozmowa z Rafałem Wąworkiem, adwokatem, wiceprezesem Stowarzyszenia Centrum Praw Ojca i Dziecka

Czy dokonana rok temu (13 czerwca 2009 r.) ,,rewolucja” w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym ułatwiła rozwiązywanie konfliktów rodzinnych przy rozwodzie? Mam na myśli zwłaszcza te dotyczące dzieci.

Rafał Wąworek: Niestety, nie. Zmiana art. 58 kodeksu rodzinnego znacznie pogorszyła sytuację ojców. Przez dziesiątki lat z reguły sądy przyznawały władzę rodzicielską obojgu rodzicom. Po zmianach takie rozstrzygnięcie jest traktowane przez sąd jako “nagroda” za porozumienie rodziców. W większości spraw rozwodowych matka jest źle nastawiona do ojca dziecka i odmawia zawarcia stosownego porozumienia (w Warszawie ponad 70 proc. rozwodów jest z powództwa żony). To powoduje, że władza rodzicielska pozostaje wyłącznie przy żonie. Nierzadko uzyskanie zgody na porozumienie o wspólnym wykonywaniu władzy rodzicielskiej ma podtekst finansowy.

Chce pan powiedzieć, że prawo zachęca do finansowego szantażu?

Znów muszę powiedzieć: niestety. To, komu będzie przysługiwać władza rodzicielska, jest w polskich warunkach niezmiernie istotne, gdyż w praktyce (dostęp do dokumentacji medycznej, informacje ze szkoły, załatwianie spraw w urzędach) zadawane jest pytanie: komu przysługuje władza rodzicielska? Jeżeli pada odpowiedź, że matce, to urzędników nie przekonuje informacja, że ojciec ma też władzę – ograniczoną do tych właśnie spraw. Odmawiają podjęcia czynności do czasu przedstawienia zgody sądu rodzinnego. Tak więc nawet ta ograniczona władza rodzicielska jest pozorna.

Widzę, że najważniejsza jest władza rodzicielska, ale kodeks używa jeszcze takich pojęć, jak opieka, piecza, kontakty. Chyba trudno się poruszać w tej nomenklaturze nawet prawnikowi?

Owszem. Tym bardziej że ich zakres jest często nieostry. Władza rodzicielska z natury przysługiwać powinna obojgu rodzicom z racji poczęcia wspólnego dziecka. Manipulowanie uprawnieniami wynikającymi z tej władzy wprowadza nieporządek prawny, a w istocie chodzi o to, z kim ma dziecko mieszkać. Na dwa miejsca zamieszania dziecka nie zgadza się art. 26 kodeksu cywilnego. Tymczasem są kraje, w których jest to możliwe (Francja). Tam dziecko mieszka po rozwodzie rodziców z jednym i drugim.

Czy pozwala to uniknąć sporów o władzę rodzicielską?

To kuriozum, że w polskim prawie rodzinnym nie istnieje ochrona stabilizacji życia dziecka. Prowadzi to do tego, że matka, wyprowadzając się np. do kochanka i zabierając dziecko, działa zgodnie z prawem. Sądy rozpoznają wnioski ojców o ustalenie miejsca zamieszkania dziecka w dotychczasowym miejscu po roku od wniesienia, a potem ustalają, że dziecko już się przyzwyczaiło. Nasze dzieci w praktyce wychowują kochankowie byłych żon – skarżą się ojcowie. Ojciec dostaje dwie godziny kontaktów na tydzień, a kochanek żony ma resztę.

We Francji samowolna zmiana miejsca zamieszkania dziecka jest traktowana jako porwanie. Sąd daje matce dwa tygodnie na powrót dziecka do domu pod rygorem pozbawienia władzy rodzicielskiej. Jest to ze wszech miar uzasadnione, gdyż dla dziecka dom to jego cały mały świat, z którym jest silnie psychicznie związany.

Ojciec (czasem bywa, że matka) ma od roku przynajmniej szerzej zagwarantowane kontakty z dzieckiem.

Nawet wprowadzona rok temu tzw. opieka naprzemienna sprowadza się tylko do kontaktów, gdyż dziecko i tak pozostaje przy matce. Z mojego doświadczenia wynika, że porozumienia, o których mowa w art. 58, nagminnie są nierespektowane, a za ich przestrzeganie byłe żony domagają się dodatkowych pieniędzy. Nie jest to zatem opieka naprzemienna, zakłada bowiem fikcję, że rodzice zawarli porozumienie co do wykonywania opieki. Gdyby jednak byli zdolni współpracować, nie doszłoby do sprawy rozwodowej, a już z pewnością do zaognienia konfliktu. Dlatego ustawodawca powinien realnie założyć, że opieka wspólna powinna być orzekana na wniosek choćby jednego z małżonków. Organizacje feministyczne nie powinny obawiać się takiego rozwiązania, gdyż nie wszyscy ojcowie będą chcieli korzystać ze wspólnego wychowywania dziecka – wystarczy im regularny kontakt. Wspólne wychowywanie interesuje jednak najbardziej świadomych ojców, którzy powinni za to być przez ustawodawcę nagradzani, a nie karani uzależnieniem opieki naprzemiennej od zgody skonfliktowanej matki.

Może kontakty z dalszą rodziną lepiej są ukształtowane?

Wprawdzie wprost zapisano uprawnienie dalszej rodziny do kontaktów z dziećmi, jednak pod warunkiem, że wcześniej sprawowała stałą pieczę nad dzieckiem. Oznacza to, że warunkiem przyznania babci czy dziadkowi kontaktu z wnuczkiem jest to, czy dziecko u nich wcześniej nocowało. To niepotrzebny przepis. Zamiast ułatwiać, utrudnia kontakty. Wcześniej te kwestie wystarczająco regulował przepis, że “jeżeli dobro dziecka jest zagrożone, sąd opiekuńczy wyda odpowiednie zarządzenie”.

A same rozwody: jakie zarzuty padają? Zdrada, bo chyba niezgodność charakteru, jak przeczytałem w uzasadnieniu jednego z wyroków, nie wystarczy?

Procesy rozwodowe stały się polem walki o dziecko, ale i o winę drugiego małżonka, gdyż wina wyłączna w rozkładzie pozwala na spędzenie reszty życia na garnuszku byłego małżonka. Mimo że poza ekstremalnymi przypadkami wina w rozkładzie leży w różnych proporcjach po obu stronach. Niektórzy pełnomocnicy, by osiągnąć taki wyrok, wykazują się ogromną pomysłowością. Uciekają się nawet do rzucania bezpodstawnych oskarżeń o pedofilię. Istnieją nawet wyspecjalizowane kancelarie adwokackie. Na internetowych forach kobiecych pojawiają się informacje, które adwokatki dobrze te sprawy “załatwiają”. Wielu sędziów z małym doświadczeniem wskutek gołosłownych pomówień matek uniemożliwia ojcom kontakty z dzieckiem. Dochodzi następnie do molestowania psychicznego dzieci na przesłuchaniach: w prywatnych gabinetach, w rodzinnych ośrodkach diagnostyczno-konsultacyjnych. Dzieci wpychane są wręcz w świat perwersji seksualnych przez pytania w rodzaju: widziałaś siusiaka tatusia, jaki był, a widziałaś jak tata robił kupę?

Zadają je chyba specjaliści?

Jako specjaliści występują często niedoświadczone psycholożki, które potrafią z faktu, że dziecko narysowało czerwonym kolorem tatę, wysnuć wniosek, że doszło do molestowania. Zdarzają się kary wieloletniego więzienia wyłącznie na podstawie takich spekulacyjnych opinii. Wokół tego powstał dobrze prosperujący tzw. psychobiznes – gabinety psychologiczne i fundacje, do których kierowane są matki cynicznie dążące do wyeliminowania ojca z życia dziecka. Nawet jeżeli wielokrotnie badania wykluczą pedofilię, nie zniweluje to szkody wyrządzonej psychice dziecka. A sądy nagminnie umarzają sprawy o pomówienie, stwierdzając, że “dobra” matka miała prawo mieć podejrzenia.

Jak to jest w innych krajach?

Praktyka jest odmienna. Spotkałem się np. w orzecznictwie francuskim z sytuacjami orzekania bezwzględnego więzienia dla matek pomawiających ojców nawet nie o pedofilię, ale o “zwykłe” znęcanie się. W Polsce znam taki przypadek z Gorzowa Wielkopolskiego, ale jak wiadomo jedna jaskółka wiosny nie czyni. Należałoby wprowadzić ściganie na wniosek pomawianych. Zostałby w ten sposób ukrócony proceder tworzenia zarzutów okołorozwodowych mających na celu udowodnienie za wszelką cenę winy, a szkodzących głównie dziecku.

Jeżeli orzekanie o winie robi tyle złego, może to jej znaczenie należałoby pomniejszyć?

Rzeczywiście, dla zapewnienia szybkości sprawy rozwodowej i uniknięcia zaogniania konfliktów przez eskalacje oskarżeń należy moim zdaniem zrezygnować z orzekania o winie, a kwestie roszczeń finansowych byłych małżonków przenieść do odrębnych postępowań alimentacyjnych. Proces rozwodowy nie może być wyniszczającą bitwą, a w rzeczywistości walką o pieniądze.

Czym uzasadnić powierzanie opieki w bodaj 97 proc. przypadków matkom?

Trudno to uzasadnić jakimikolwiek przesłankami medycznymi lub naukowymi. Ta niekorzystna dla ojców praktyka musi mieć swoje źródła gdzie indziej.

Atmosferę w sądach rodzinnych obrazuje chyba nieźle porozwieszany w całym Sądzie Rejonowym dla Warszawy Woli plakat przedstawiający pobitą kobietę i umięśnionego mężczyznę oraz dystrybuowana w sekretariacie sądu rodzinnego broszura Centrum Praw Kobiet zawierająca informację, że w 1/3 małżeństw dochodzi do gwałtów. Tajemnicą poliszynela jest, że orzeczenia w sprawach rodzinnych wydawane są nie przez sądy, lecz przez RODK. To sytuacja skandaliczna – nie dość, że ośrodki te nie mają żadnego zakotwiczenia w przepisach (nie są instytutami naukowo-badawczymi), to jeszcze ich opinie są stronnicze, w 95 proc. antyojcowskie. Zła ocena działalności tych ośrodków została potwierdzona m.in. w raporcie z grudnia 2009 r. przygotowanym na zlecenie Fundacji Batorego. Nie pozostawił on na nich suchej nitki, nie zostały jednak do tej pory zlikwidowane.

Jest chyba jednak w sporach o dziecko pole do kompromisu?

Owszem. Nie powinno budzić wątpliwości, że dwuletnią dziewczynkę należy oddać matce, ale odmowa powierzenia wychowania dziesięcioletniego syna ojcu, mimo jego zdecydowanej woli, wyrządzi z całą pewnością chłopcu wchodzącemu w wiek nastoletni ogromne szkody psychiczne. Niech jednak decyzje w tych sprawach podejmują sądy rodzinne. Dlaczego 28-letnia pani pedagog z dyplomem nieznanej szkoły ma lepiej ocenić sytuację dziecka niż sędzia ze stażem?

Comments