Artykuły‎ > ‎

Niemcy odbierają dzieci w Polsce wbrew prawu

Wydrukowano w Rzeczpospolitej | 13 wrzesień 2014 | Prawo | Dominika Pietrzyk

Polskie władze ze swoich działań na korzyść niemieckich Jugendamtów będą musiały się tłumaczyć przed Trybunałem w Strasburgu.

Nie tylko niemieckie urzędy ds. młodzieży (Jugendamty) budzą kontrowersje. Postawa polskich instytucji również. W efekcie o tym, czy polski sąd i centrum pomocy rodzinie działały zgodnie z prawem w sprawie Alishy Steward, rozstrzygnie Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu.

Alishę, 14-letnią obywatelkę niemiecko-amerykańską, Jugendamt odebrał rodzicom i zamknął w niemieckim zakładzie opiekuńczym z powodu niewydolności wychowawczej rodziców. Alisha i jej matka uciekły w kwietniu do Polski. W sprawę włączyła się nasza policja, a także wymiar sprawiedliwości. Sąd Rejonowy w Lęborku skierował 
25 kwietnia Alishę do pogotowia rodzinnego w Zielinie. Stąd urzędnicy niemieckiego Jugendamtu odebrali ją i wywieźli w nieznane miejsce. Dotąd niemiecki urząd nie odpowiedział na pismo z prośbą o informację o miejscu pobytu dziewczynki.

Sprawa Alishy zawiśnie na wokandzie w Strasburgu. Pełnomocnik rodziny skierował 28 sierpnia do Trybunału skargę przeciwko Polsce.

– Naruszono m.in. art. 5 i 8 europejskiej konwencji o ochronie praw człowieka, a więc prawo do wolności osobistej i życia rodzinnego – wylicza Markus Matuschczyk, adwokat, pełnomocnik rodziny.

Jego zdaniem postanowienie SR w Lęborku nie ma podstawy prawnej. – Niemiecki urząd nie złożył wniosku o wydanie dziecka, a bez tego nie można było dokonać zabezpieczenia – mówi Matuschczyk. I dodaje, że powinno się tu stosować konwencję haską dotyczącą uprowadzenia dziecka.

Spór o procedury

Sprawa nie jest jednoznaczna. Postanowienie jako prawidłowe ocenia adwokat Rafał Wąworek. Jego zdaniem sąd określił sposób wykonywania pieczy nad małoletnią oraz podmiot odpowiedzialny, a tym samym zabezpieczył interes Alishy. – Nie zgadzam się też z twierdzeniem, że w tej sprawie należało zastosować procedurę z konwencji haskiej. Procedura ta dotyczy odebrania dziecka od osoby nieuprawnionej, a za taką trudno uznać podmiot wskazany przez polski sąd – tłumaczy.

Podstaw do podjęcia interwencji nie znalazł także rzecznik praw dziecka (RPD).

– Postępowanie na podstawie konwencji haskiej można wszcząć jedynie po złożeniu stosownego wniosku – wyjaśnia Ewa Dryhusz z Biura RPD. I dodaje, że gdy sąd poweźmie informacje o dziecku przebywającym w Polsce bez właściwej opieki, wszczyna postępowanie w celu zabezpieczenia jego dobra niezależnie od obywatelstwa.

Sąd nie wydał jednak postanowienia zezwalającego na wydanie Alishy Jugendamtowi. Dlatego zdaniem Matuschczyka było to porwanie.

– Będę kierował w tej sprawie zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa do Prokuratury Generalnej – zapowiada.

Zarzut porwania

Na naruszenie postanowienia sądu przez niemieckich urzędników wskazuje też mecenas Wąworek.

– Nie kwestionuję prawa Kreisjugendamtu do opieki nad dzieckiem, ale formę jej odzyskania – mówi. I tłumaczy, że urzędnicy niemieccy powinni wystąpić o zgodę do sądu w Lęborku na wydanie dziecka i uchylenie zabezpieczenia. Zdaniem Wąworka sprawa Alishy to fragment szerszego, patologicznego zjawiska omijania sądów rodzinnych przy podejmowaniu istotnych decyzji dotyczących dzieci.

Roman Poturalski, który z mediów lokalnych dowiedział się o sprawie i zaangażował się we współpracę z adwokatem rodziny Alishy, kieruje zarzuty przeciwko policji.

– Policjanci odebrali Alishę przemocą matce. Dopuścili się więc samowolnego odebrania dziecka wbrew postanowieniu sądu – mówi.

Pracownicy Komendy Powiatowej Policji w Bytowie odpierają zarzuty.

– Kwestia ta była wyjaśniana, a materiał dowodowy nie potwierdził zarzutu – dementuje aspirant Michał Gawroński, oficer prasowy. Zaprzecza też, by funkcjonariusze współpracowali z Jugendamtem. Według policji wszystkie czynności zostały podjęte zgodnie z procedurami.

Problemem działalności Jugendamtów zajmuje się rzecznik praw obywatelskich (RPO). Lista nieprawidłowości jest długa. Zdarza się pozbawianie polskich rodziców prawa do opieki nad dzieckiem, zakazywanie mówienia po polsku, udzielanie zgody na spotkanie z dziećmi tylko w obecności osoby trzeciej (np. przedstawiciela Jugendamtu), a nawet zakazywanie kontaktu. W lipcu 2013 r. RPO podjął interwencję w sprawie Polaków, którym niemieccy funkcjonariusze odebrali dziecko. Podobnie w styczniu 2014 r. ofiarą niemieckich urzędników padła 29-letnia Polka i jej nowo narodzone dziecko.

Kontrowersyjne praktyki

Sprawami takimi zajmuje się na co dzień Wojciech Pomorski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Rodzice przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech. Przypomina, że rodowód Jugendamtów sięga Trzeciej Rzeszy.

– Urzędy zaczęły działać na podstawie dekretu z marca 1939 r. Własnoręcznie podpisał go Adolf Hitler. Sposób działania organizacji pozostaje niezmieniony – twierdzi.

Poturalski uważa, że warunki w niemieckich ośrodkach dla dzieci są gorsze niż w więzieniach. To dzięki jego listowi do redakcji zajęliśmy się sprawą.

– Jugendamty wynajmują prywatne firmy, które zajmują się opieką nad dziećmi – mówi.

Jedna z takich firm, Haasenburg GmbH, była bohaterką skandalu medialnego związanego z niewyjaśnionymi zgonami podopiecznych. Zdaniem Poturalskiego mamy do czynienia z ogromnym przemysłem opiekuńczym. 
– Jugendamty otrzymują miesięcznie na opiekę nad jednym dzieckiem średnio 6–10 tys. euro. Wszelkie próby buntu podopiecznych są zwalczane – dodaje.

Poturalski wskazuje też, że w placówkach dochodzi do samobójstw. Są też podejrzenia zabójstw. Alisha podczas dziewięciomiesięcznego pobytu w niemieckim zakładzie była świadkiem samobójstwa innego podopiecznego i sama próbowała odebrać sobie życie. Nic więc dziwnego, że wraz z matką uciekła w kwietniu do Polski.

Tylko w 2013 r. Jugendamty odebrały rodzicom ok. 42 tys. dzieci. Wśród dzieci obcokrajowców największy odsetek stanowią Polacy – ok. 20 proc. Rocznie po pomoc do Pomorskiego zgłaszają się setki rodzin. Coraz częściej rdzenni Niemcy. Prezes stowarzyszenia nie kryje, że sam został pozbawiony kontaktu z córkami 12 lat temu.

– Nie zgodziłem się na porozumiewanie z dziećmi tylko w języku niemieckim. Na reakcję Jugendamtu nie trzeba było długo czekać. To wszystko absurd – podsumowuje Pomorski.

Comments